wtorek, 28 kwietnia 2026

Spice of India : zestaw lunchowy z Butter Paneer + ryż + sałatka ; chlebek naan 2026

Coraz rzadziej chodzę do Spice of India (ul. Starowiślna 48, Kraków), mimo że to nadal moja ulubiona (i od lat jedyna odwiedzana regularnie) indyjska restauracja. Mama nie była tam bardzo dawno, więc namówiłam ją, mówiąc o karcie lunchowej, która niedawno wskoczyła do menu. Jedną z pozycji było tam jedno z naszych ulubionych dań. Do niego sałatka i ryż. Miałam plan zamienić sałatkę i ryż na chlebek naan, ale nie zgodzili się. Mama przejęła więc obie sałatki i ryż, a ja sobie domówiłam chlebki.

Zamówiłam:
-Butter Paneer z oferty lunchowej, czyli z ryżem i sałatką (z sałaty, pomidorów, ogórka i oliwek z jogurtem)
-chlebek Plain Naan

Danie Lunch Butter Paneer było prawie o połowę mniejsze niż nie z lunchówki (pisałam o nim tu), a w smaku wydawało mi się mniej głębokie, mniej złożone. Minimalnie, ale jednak. Jakby trochę rozwodnione. Jego ostrość (wersji łagodnej) skupiała się bardziej na chili niż na imbirze jak zawsze. Imbir jakoś bardziej mi pasował.
Było ok, ale bez zachwytu...

Spróbowałam trochę sałatki. Podano ją zimną, co nie podobało mi się, ale przynajmniej wszystko było chrupiące i świeże. Ot, podstawowe warzywa, bez polotu, ale zwyczajnie ok. Faktycznie dodano do nich całkiem przyjemnie ziołowo przyprawiony jogurt, ale nie było go tam za wiele. Bez żalu oddałam Mamie.
Mama była zachwycona jogurtem, który dodano do sałatki, a dzięki temu sałatką, ale w zasadzie tylko tym. No, i ryż jeszcze pochwaliła, że sypki. Danie jej nie leżało.
Ja powiedziałabym, że ryż bardzo bazowy.

Cena: 37 zł / zestaw

5/10


Dotąd jednak ogólnie no ok. Ale... Największy ból sprawił mi czysty chlebek Naan. Aż wypytałam obsługę. Usłyszałam, że NIC się nie zmieniło, nie zmienili przepisu, chlebki robią jak zawsze. A jednak tym razem ten cudownie zakalcowy, cudnie mleczny chlebek był... Okrutnie słony. W zasadzie SŁONY. Słony tak, że aż palił w gardle. Słony jak jakieś słone paluszki, słony, że zaraz mnie zemdliło i nie byłam w stanie go skończyć.
Niestety, gdy zgłosiłam problem, nie było szans na zamianę chlebka na inny, bo masę drożdżową na niego przygotowują wcześniej, a potem tylko zapiekają.

Byłam zrozpaczona. Boskie, naturalnie słodkawo mleczne naany (które recenzowałam tu) to główny powód moich wizyt w Spice of India. A ten mordował solą. Mam nadzieję, że po prostu tego dnia coś im nie wyszło... Jeśli jednak nie... ten zasłużył na jakieś 3/10 - tylko cudowną konsystencją. Bo smak był niezjadliwy.

Cena: 12 zł / porcja 150g
3/10

niedziela, 26 kwietnia 2026

Yoshi Kitsune: Futomaki z seriolą, ogórkiem i awokado

Po przystawkach w Yoshi Kitsune (ul. Bożego Ciała 10, Kraków) przyszła pora na zamówione rolki. Wszak dla nich się tam wybrałam. Ale na dobry początek nie wybrałam niczego z karty, a po prostu powiedziałam, jakie chcę. W 99% przypadkach na sushi tak robię.

Zamówiłam:
-Futomaki z surową seriolą, ogórkiem i awokado 

Wszystko zrobione dokładnie tak, jak poprosiłam, w dodatku z uwzględnioną sugestią, by było jak najwięcej ryby, a jeśli się da, nieco mniej ryżu. Tak też to ryba stanowiła główną gwiazdę rolki. Warzyw było średnio, adekwatnie dużo. Ryżu trochę więcej niż "jak najmniej", ale wciąż nie za dużo. Powiedziałabym: w punkt.
Bardzo dobrze zrobione rolki: nic się nie rozwala, temperatura odpowiednia. Świeże i pyszne składniki, więc efekt w pełni satysfakcjonujący. Serioli naprawdę bardzo dużo, toteż ona dominowała, dzięki czemu mogłam w pełni nacieszyć się jej smakiem.
Ryż neutralny, acz trochę chylił się ku słodyczy - wolałabym, by tego nie robił, ale tak w całości w rolce to nie przeszkadzało.
Na jednej oczywiście się nie skończyło.

Na pewno będę wracać. I to często!

Pyszne jedzenie, świetne miejsce i przecudowna obsługa. No, to mam już 2 ulubione, ukochane restauracje sushi.

Cena: 41 zł / rolka
9/10

sobota, 25 kwietnia 2026

Yoshi Kitsune: wakame z sosem sezamowym, marynowana rzodkiew daikon, kimchi


Nowy lokal sushi w Krakowie z seriolą? Musiałam czym prędzej nawiedzić. W Yoshi Kitsune (ul. Bożego Ciała 10, Kraków) zanim przyniesiono mi zamówione futomaki, podano mi trzy czekadełka. Były to mini wersje przystawek, wszystkie ich autorskie. Jak miło!

Dostałam:
-Sałatka wakame z sosem sezamowym
-Marynowana rzodkiew daikon
-Kimchi




Sałatka z glonów wakame w sosie sezamowym już bardzo zachęcająco pachniała, bo łagodnym sezamem o naturalnie orzechowej słodyczy i goryczce.
W smaku bardzo ciekawe i równie smaczne. Występ zaczął łagodny sos sezamowy o słodkawym smaku, kryjący pewną śmietankowość i echo majonezu (ale mimo że go nienawidzę, nie takie, by miało przeszkadzać). Sezam przyjął bardzo łagodny wydźwięk, ale jakże wyrazisty okazał się w tej swojej łagodności. Lekko prażone, chrupiące ziarenka dopowiedziały orzechowość glonom, które grały oczywiście pierwsze skrzypce. Całość za ich sprawą wyszła przyjemnie neutralniej, wytrawnie (nie słodko). Bardzo smaczna i ciekawa sałatka!
Ja dostałam, ale cena to: 15 zł / porcja 100g
10/10

Marynowana rzodkiew daikon pachniała niepozornie, wytrawnie, niezbyt kwaśno, że smakiem zafundowała mi niezłą niespodziankę. W pierwszej chwili wydała mi się dość łagodna, czuć smak rzodkwi i nawet słodycz, a potem nagle uderzyła ostrość i kiszonkowy kwasek. Nakręcały się nawzajem, ostrość aż zapiekła w język i rozgrzała gardło, a potem zrobiła więcej miejsca słodyczy. Przepyszna. A chrupała tak głośno, że aż było słychać, eksplodując potem swoistą soczystością. Wow, nigdy tak interesującej rzodkwi daikon nie jadłam. I to właśnie takiej do jedzenia osobno, by móc wczuć się w ten wielopłaszczyznowy efekt.
Ja dostałam, ale cena to: 14 zł / porcja 100g
10/10

Kimchi (kiszona po koreańsku kapusta z porem i marchewką) bardzo smaczne, acz najmniej niespotykane. Przystępne, na pewno nie za ostre, ale intensywne w smak chili gochugaru i imbiru, cudownie kwaśne.
Zaskakująco nieczosnkowe (uf!). Oczywiście opierało się na kapuście, ale znalazło się w nim też trochę pora i marchewki. Bardzo dobre.
Ja dostałam, ale cena to: 14 zł / porcja 100g
10/10

Przystawki zaskoczyły mnie, jak tylko się dało. Niesamowite, ciekawe i smaczne. Prawdziwe dzieła.

środa, 11 marca 2026

Phuong Dong: Wieprzowina po wietnamsku

 Szukając "chińczyka", do którego mogłybyśmy wracać, tym razem z Mamą wybrałyśmy się do knajpy polecanej przez znajomego, Baru Orientalnego Phuong Dong (Kraków, Bojki 4). Kiedy zaczęłam wypytywać o szczegóły dań, czym się charakteryzują, różnią itp., dostałam do wglądu listę alergenów. Szkoda, że obsługa nie umie o swoich daniach opowiadać, ale dobrze, że niczego nie ukrywają.

Zamówiłam:
-Wieprzowina z papryką po wietnamsku, czyli w średnio pikantnym sosie, do tego ryż i surówka z kapusty i marchwi
Poprosiłam bez czosnku i cebuli

Nos przywitała pikantna papryka i karmel, ciekawie przeplatający się ze smażonym mięsem.

Danie składało się z ogromu mięsa: cienkich, trochę żujnych plasterków wieprzowiny.
Były tam i małe, i duże, niektóre poskręcane. Mniej lub bardziej oblepione sosem.

Towarzyszyła im znikoma ilość małych, miękko-farfoclowych plasterków papryki.
Ta za mocno nasiąkła tłustym sosem. Ale i tak wolałabym, by było jej więcej. Normalnie byłaby tu jeszcze cebula, ale poprosiłam bez niej, bo nie lubię.

Sos sam w sobie nie wydawał się zbyt tłusty, ale tłusty był niezaprzeczalnie.

Bulgotał od gorąca tylko chwilę, a gdy powoli stygł, zastygał i jeszcze gęstniał. Nie czuć w nim jawnej oleistości, ale otłuszczał usta.

Był bardzo gęsty, lepki i trochę gluciejący. Znalazło się w nim trochę pestek chili i małych, skrzypiących kawałeczków trawy cytrynowej. Polano go dużo.

W smaku sos był słodko-pikantny. Słodki w sposób wręcz karmelowy (a ciepło podkręcało słodycz), lekko w tym kontekście przypalony i ciężki oraz ostry od chili.

Pikanteria nie była oczywista od razu, wchodziła na poziomie gardła. 

Bazowo sos wydawał się trochę paprykowy i w porywach niby kwaskawy, ale trawy cytrynowej nie czuć w nim szczególnie mocno, a raczej jedynie sporadycznie w tle.

Jego słoność w moim odczuciu stała już na granicy przesady. Czuć w nim olej, zwłaszcza gdy już stygł. To z kolei podkreślało słoność.

Wieprzowina w porządku, nie miała problemu z przebiciem się przez sos. On umiejętnie ją ubarwiał.

Papryka pasowała bardzo dobrze, ale do tej konkretnej także w smaku mam zastrzeżenia, bo wydawała się miejscami poprzypalana.

Przeważała papryka czerwona, ale trafiły się ze 2 kawałki żółtej.

Ryż bazowy, więc w porządku. Niestety w moim trafiły się... niezidentyfikowane paprochy. Nie podoba mi się więc jakość w rozumieniu czystości.

Surówka jak dla mnie za słodka, ale też w sumie ok. Była raczej sucha, z malutką ilością zalewy, a kapusta lekko chrupała - ta forma, struktura za to na plus.

Ogólne wrażenie ok, może być, ale bez szału. 
Wg Mamy mocno "tak sobie", bo jej było za ostro i kojarzyło jej się z przypalonym karmelem, a także też brakowało jej warzyw. Obie uznałyśmy jednak, że kiedyś może jeszcze wrócimy, spróbować coś innego.
W naszym odczuciu dużym minusem jest porcja: ogromna. Przejadłyśmy się, dzieląc się nią. To wychodzi bardzo tanio, ale jak się chce po prostu zjeść, a nie "nażreć", w dodatku spróbować coś, co niekoniecznie może posmakować, o wiele bardziej wolałybyśmy móc zamówić małą porcję. A nie ma opcji, by zamówić połówkę dania.

Cena: 40,50 zł / porcja (450g), ryż i surówka w cenie

6/10

wtorek, 17 lutego 2026

Spice of India: Dal Palak 2026


Chyba najgorsze, co mogłam usłyszeć, gdy szłam "na pewniaka" do ulubionej indyjskiej restauracji Spice of India (ul. Starowiślna 48, Kraków) to to, że jest nowy kucharz. Poinformowano mnie o tym na moje zdziwienie, że danie wyglądało zupełnie inaczej niż to, do którego dość często wracam, czyli Dal Palak 2022-2025. Najpierw bardzo się wystraszyłam (wszak bardzo dobra zupa Dal Soup 2022 pogorszyła się: recenzja nowej wersji 2025), ale w sumie niepotrzebnie. Choć mam parę zastrzeżeń.

Zamówiłam: 
-Dal Palak, czyli "szpinak z żółtą soczewicą w łagodnym sosie (m.in. kuminem, chili i kurkumą) z regionu Kaszmir"." w wersji łagodnej; po zmianach, wersja 2025
zaznaczyłam, by było bez czosnku i cebuli (usłyszałam, że do tego dania ich nie dodają)

Nie podobał mi się wierzch, przyozdobienie. Śmietana zbędna, ale ona ot, po prostu była. Gdyby jej nie było, w sumie na to samo by wyszło.

Druga rzecz, czerwony olej, tylko przeszkadzał tak w wyglądzie, jak i smaku.

Olej to niby nie zwykły olej, a "dla smaku".
A właśnie smak miał dziwny: jakby oleju z papryki, ale nie chili. Nie był ostry, ale trochę piekł w gardle.
Bardzo nie podoba mi się ten dodatek. Niczego dobrego nie wniósł.

Reszta za to wyszła bardzo dobrze. Odrobinka listków kolendry i paski imbiru nie były tylko dla oczu, zacnie wykończyły smak.

Jak się okazało, imbiru było tam więcej niż widać na pierwszy rzut oka. W dodatku przeniknął do masy, co świetnie pasowało.

Danie było bardzo pikantne jak na "danie łagodne", ale w ciekawy sposób.

Kumin i chili odwaliły kawał dobrej roboty grzejąc w usta i gardło, ale nie zabijając smaku soczewicy i szpinaku. Ostrość pokazała się, ale "z głową"

Soczewica robiła takie aluzje do nerkowców i płatków migdałów, że nabrałabym się, że do masy dodano pastę orzechową (aż dopytałam i okazało się, że nie).
Szkoda tylko, że danie było jak dla mnie trochę za słone. Ogólnie smak zmienił się lekko.
Bardzo kremowa, bardzo, bardzo gęsta konsystencja wydała mi się złudnie nerkowcowa.

Całość w pewnym sensie była gładka, ale nie w pełni za sprawą dużej ilości miękkich ziaren soczewicy.

Z czasem na wierzchu robił się cudowny kożuch i chyba tylko to zostało jak dawniej.

Konsystencja zmieniła się bardzo. I to na dobre, bo czasem danie było zbyt rzadkie. Smak w nowej odsłonie z jednej strony był dosadniej soczewicowy, a co za tym idzie złudnie orzechowy, bez choćby odrobiny czosnku i cebuli, co bardzo mi się podobało, ale... ta słoność trochę psuła efekt. Stąd ocena została taka sama; po prostu do obu wersji miałam inne małe zastrzeżenia.

Cena: 30 zł / porcja
9/10

wtorek, 10 lutego 2026

Dong A: Wieprzowina w sosie ostrygowym z pieprzem


Jako że z Mamą - po tym jak Dong Do strasznie się zepsuło - szukałyśmy sobie "chińczyka", wybrałyśmy się w kolejne miejsce z mojej listy knajp do testowania, Dong A (ul. Miodowa 7, Kraków). Od dawna miałam ochotę na żeberka, ale akurat ich nie było. Pech. Wieprzowina wydawała się bezpieczna, ale to z kategorii "Wołowina" wypatrzyłam sos, więc na specjalną prośbę zrobili właśnie wieprzowinę w tym sosie, czyli coś, czego w karcie nie ma.

Zamówiłam: 
-Wieprzowina w sosie ostrygowym z pieprzem z warzywami (papryka, cukinia, kapusta pekińska, groszek, kukurydza) i grzybami (pieczarki, shiitake)
Poprosiłam bez czosnku i cebuli.

Kolosalna porcja składała się z dużej ilości warzyw i ogromu mięsa. To wystąpiło pod postacią małych kawałków i plasterków, jak również wielkich i nie raz długich, czasem poskręcanych plastro-pasków.
Wieprzowina miała soczystą strukturę, i choć pokrywał ją tłusty sos, nie była za tłusta.
Ogólnie sosu było niewiele, w sam raz.

Sos był ni rzadki, ni gęsty, ale na pewno oleisty, choć jeszcze o tłustości do przyjęcia, zrozumiałej dla tego typu dań. Mimo że po pewnym czasie osiadała na ustach.

Warzywa wystąpiły w formie bardzo różnej: kapusta pekińska i papryka plastrów, cukinia wielkich kawałków, marchew małej kostki. Do tego kilka plastrów pieczarek i sporo połówek grzybów shiitake.

Warzywa były przyjemnie miękkawe, ale nie miękkie, dość żywe i choć też z tłustością zaciągniętą z sosu, to nie przytłoczone nim.

W smaku sos okazał się ciężki, taki "ostrygowo umami", trochę za słony, ale za to przyjemnie piekący w usta; ostry, lecz bez straty dla smaku.
Czuć w nim przede wszystkim charakterny, właśnie też ciężki, świeżo mielony czarny pieprz, a także chili i lekki kwasek. 
Czasem pobrzmiewała mi w nim smażenia, ale nie działała bardzo negatywnie. Słoność dawała się we znaki przy mięsie, które odebrałam już właśnie jako przesolone.
Do tego raz po raz przewijało mi się przy nim jakby "coś przypalonego z grilla". Na szczęście jednak mięso też było porządnie pieprzne i ostrawe.
To, że to niezła wieprzowina, dobrze czuć.

Dobór warzyw uważam jednak za dziwny, niebyt pasujący do chińszczyzny. Groszek i kukurydza wydawały się takie ot, dorzucone. Marchewka, papryka, cukinia, pekinka sprawdziły się znacznie lepiej. 

Pieczarki też w porządku, ale to grzybki shiitake robiły największe wrażenie. Nie dość, że pyszne, to świetnie pasowały swoją ciężkością do pieprznego mięsa.

Do tego ryż. Bardzo bazowy, suchawy co dobrze komponowało się z daniem.

Surówka smaczna, choć dla mnie trochę za słodka. Suchsza niż w innych miejscach, z minimalną ilością zalewy, co mi odpowiadało. To głównie bardzo miękka kapusta oraz troszeczkę również miękkiej, mało istotnej marchwi.

Mimo małych zastrzeżeń jedzenie nam smakowało na tyle, że stwierdziłyśmy, że kiedyś wrócimy, by spróbować czegoś jeszcze. Raczej jednak latem, bo to, że dania podają na zwykłych talerzach, nie mają gorących półmisków, wszystko dość szybko stygnie. Szkoda.
Minusem jest też to, że mają tylko wielkie porcje i nie da się zamówić połowy. Nie podoba mi się też, że za to, że choć poszli mi na rękę ze zmianą mięsa, to nie znalazło to odzwierciedlenia w cenie i zjadłam sobie wieprzowinę w cenie wołowiny.

Cena: 38 zł / porcja (ok. 400-500g), ryż i surówka w cenie

7/10

czwartek, 15 stycznia 2026

Viet Tien: Wieprzowina po wietnamsku

 
Odkąd "nasz chińczyk", czyli Dong Do na ul. Długiej 22 przeszedł drastyczne zmiany na gorsze, zaczęłyśmy z Mamą szukać innego, podobnego miejsca. Wybrałyśmy się, ale pod adresem, który był w internecie, zamknięte na głucho. Weszłyśmy więc do restauracji, którą miałyśmy, a która mogła serwować jedzenie w podobnych klimatach. Wietnamskie Viet Tien (Starowiślna 46, Kraków). Kusiły piękne, kolorowe lampiony u wejścia.

Zamówiłam:
-Wieprzowina po wietnamsku z papryką i porem, do tego ryż i surówka z kapusty i marchwi
Poprosiłam bez czosnku i cebuli, a także dopytałam, czy w surówce nie ma czosnku (ponoć nie)

Danie niby podano na gorącym półmisku, ale takim bardziej talerzowym, na którym jedzenie niestety szybko stygło (mimo że przyniesione bulgotało).
Obie dostałyśmy po porcji ryżu i surówki. Wydaje mi się jednak, że trochę kosztem dania, co nam się nie podobało (jak podpatrzyłam na dania innych, porcje wydawały się większe).

Mięso wystąpiło w formie różnej wielkości cienkich, trochę poskręcanych plastro-kawałków. Była to bardzo smaczna, nie za tłusta, nie za sucha wieprzowina o odpowiednio delikatnej strukturze.
Mięso mocno pokryło się sosem, ale oprócz tego nie było panierowane czy coś. A sos też nie zatłuścił go przesadnie.

Oleisty, rzadki, ale lepki sos mimo wszystko nie sprawił, że całość była mocno tłusta. Tłustość stała na średnim, zrozumiałym dla tego typu dań, poziomie.
Składniki w nim nie tonęły.
Miękka papryka i miękkawy por dobrze pasowały, ale ja czułam niedosyt warzyw.
Cieszę się, że dano dużo mięsa, ale wolałabym dostać równie dużo papryki i pora.

Sos był ogólnie lekko ostry od czerwonego chili, przy czym pikanteria chwilami trochę wzrastała. Nie jakoś bardzo, ale by ocieplić gardło.

Kojarzył mi się trochę z paprykowym rosołem z nie przesadzoną ilością sosu sojowego oraz... Znajomą nutą, której nie mogłam uchwycić. Niby kwaskawą, ale nie po prostu kwaśną. Jak się okazało, w sosie była jeszcze trawa cytrynowa - tak, to pewnie ona, bo kojarzę ten smak z innego dania w innym miejscu (z Wieprzowiny z trawą cytrynową z Dong Do).

Surówka przedstawiała się jako słodka, potem robiła się ciężko słodko - jakby z nutą rybną i echem czosnku (a ponoć go w niej nie ma) - aż w końcu w gardle poczułam ostrość. Posypano ją paroma, nic nie wnoszącymi ziarenkami białego i czarnego sezamu.
Niezła, ale wolę swoją i dawną z Dong Do sprzed zmian.
Dobry, neutralny ryż bardzo dobrze się do tego wszystkiego sprawdził.

Ogólnie z wizyty z Mamą jesteśmy, więc pewnie jeszcze wrócimy, ale nie zakochałyśmy się. To po prostu dobre miejsce.

Cena: 36 zł / 400 g (ryż i surówka w cenie)

7/10